Jakie to dziwne – kiedyś nie mogłam się doczekać kiedy Go zobaczę. Teraz czekam tylko na to by wyjechał… Męczy mnie Jego obecność, to, że żyjemy w dwóch odrębnych płaszczyznach – w tym samym mieszkaniu, ale na oddzielnych jego krańcach. A miało być jak w bajce. Ja kocham Ciebie a Ty mnie – ależ to infantylnie naiwne! Początek końca nas rozpoczął się w dniu naszego ślubu – to było 10 lat temu, po dziewięciu latach związku. Niezły staż – 19 lat razem… i bardzo mizerny koniec.

Nie chce mi się już walczyć, prosić, przekonywać. Jestem jak automat – wykonuję co do mnie należy i … czekam by wyjechał. Znów go nie będzie – chwile spokoju. Czy zawsze już tak będzie, czy w końcu pozwolę sobie na podjęcie ostatecznej decyzji? Na co czekam, przecież wiem, że nic lepszego już się między nami nie wydarzy… A jednak trwam w tym chorym układzie dalej. I co najśmieszniejsze – nie pozwalam się do siebie zbliżyć żadnemu facetowi – zabijam każdą chęć  zaistnienia w moim życiu. Dlaczego mam w sobie tę chorą lojalność? Wobec kogo? On pozbył się jej bardzo szybciutko i nie ma żadnych wyrzutów sumienia.

Ja nawet teraz kiedy wiem do jakiego końca naszego związku zmierzamy – nie umiem… Chcę i nie potrafię otworzyć się na kogoś innego. Dlaczego do cholery tak jest?!

Czy ja już zawsze będę sama? Może nie nadaję się do życia z kimś. A może tak bardzo starałam dopasować się do Niego, Jego oczekiwań i Jego świata, że mój zginął, rozpłynął się nie pozostawiając po sobie nic – jakby nigdy nie istniał… I teraz jestem taka jak On chciał… zaprogramowana…

Samotność boli mnie dziś tak, jakby pomiędzy moimi żebrami usadowił się jakiś olbrzymi stwór, który potrzebuje tak dużo przestrzeni, że dla mnie nie ma jej nawet na tyle by oddychać.

Zawsze już tak będzie?…