Plątanina codziennych spraw wessała mój byt. Dopinam miliony rzeczy mniej lub bardziej istotnych . Ważnych dla innych. Ważnych dla mnie.

Moje życie od większości z nich nie zależy… ale składają się one na cały mój świat…

Moja córeczka powiedziała mi dziś: wiesz mamusiu moja miłość do ciebie dziś wyłazi ze mnie wszędzie – jak kot co wlazł na płot i oblizuje się ze smakiem po wypiciu pysznego mleka. Uśmiecham się do niej a ona patrzy na mnie oczami pełnymi błękitnej ufności. Wtula się cała – otaczając swoją osóbkę mną. Jest nam tak dobrze. Bezpiecznie. Jakby jedna bez drugiej nie mogła istnieć. Maluch zasypia spokojnie oddychając.

Wyplątuję się z jej obięć. Wychodzę w noc na balkon. Ciepła ciemność obejmuje mnie. Księżyc nieśmiało uśmiecha się do mnie wyglądając zza szarych chmur. Niebo ma dziś kolor szklistego granitu.

Czuję palce wiatru wplątanego w moje włosy. Czesze mnie po swojemu bawiąc się roztańczonymi kosmykami. Nie zwraca uwagi na moje ciche protesty, odgania silnie moje dłonie. Czuję jego oddech… jest tak silny, że przebija mój ból. Znieczula na chwilę.

Zmęczenie nadciąga jednak zalewając mnie tak gwałtownie, że prawie nie mogę oddychać. I trwam uśpiona, z otwartymi oczami zasnutymi mgłą…