Dlaczego nie mogę zamknąć się w sobie? Zamknąć wszystko co dokucza – strach, ból, nieufność, pustkę…

Ciągle czuję – tak jakby moje sensory były nastawione na nieustanne wyłapywanie wszystkiego co mnie dołuje.

Chcę zamknąć to wszystko…

Niech on wyjedzie i da mi chwilę oddechu bez swojej duszącej obecności. Bez konieczności tkwienia w chorych ułudnych pozorach. Bez ciągłego udawania, że wszystko jest dobrze. Mdli mnie od jego obecności. Mdli mnie od jego uśmiechu i silenia się na normalność. Chcę otworzyć okno i wpuścić czyste , zimne powietrze. Chcę oczyszczenia ze wszystkiego co nienaturalne. Duszę się od ciągłego kłamstwa jakim on mnie niezmęczenie karmi. Nie chcę tego. Nie silę się już nawet na udawanie… ale nie odstrasza go to. Wręcz przeciwnie – wkłada coraz więcej wysiłku w przekonanie mnie, że jest normalnie. Jakby nic się między nami nie działo złego. Jakby nie było niewidzialnego muru – nie do sforsowania. Jakby mi się przywidziała nasza obcość…

- Kochanie wychodzę z kolegami – już teraz, bo potem nie mam autobusu. – słyszę zadziwiona, że w ogóle się do mnie odzywa.

- Dobrze. – odpowiadam.

- Tatusiu nie idź proszę, nie było cię tak długo. Chcę się z Tobą pobawić. – słyszę smutne nutki w głosie mojego dziecka.

 - Skarbie, ale ja z kolegami nie widziałem się również dawno. I właściwie ciągle mnie nie ma, bo jestem w pracy, więc chcę iść na to spotkanie. – słyszę jego.

- Ale ja tak czekałam na zabawę z Tobą… – słyszę łzawy głosik.

- Oj skarbie nie przesadzaj. Jutro się zobaczymy.- mówi on i wychodzi.

Tulę malucha i proponuję jakąś zabawę. W jej trakcie słyszę wypowiedziane twardym tonem: jutro też nie będzie miał dla mnie czasu, jak zawsze. Bawimy się, czytamy, odrabiamy lekcje. W końcu usypiam ją.

Dzwoni mój telefon: – Kochanie nie gniewaj się, ale trochę się zasiedzę, nie będziesz miała nic przeciwko temu? – słyszę.

Jestem zadziwiona – kolejny raz. Przed kim to przedstawienie? Po co mi tłumaczy? Z reguły wychodzi i wraca kiedy chce – pod hasłem idę do kumpla. Ginie na godziny i nie wiem tak naprawdę co wtedy robi. Jest mi to obojętne. Po co więc te nagłe tłumaczenia? Po co budowanie nieprawdziwej normalności?

Duszę się. Coś wyciska mi resztki tlenu z płuc i mimo, że próbuję oddychać ani odrobina powiatrza nie przedostaje się przez mój układ oddechowy. Otwieram szeroko okno. Bez skutku – czuję zimne smaganie wiatru na twarzy. Płuca są nadal puste.

Duszę się…