Nasłuchałam się opowieści na temat udugodnień i wsparcia dla rodziców posiadających dzieci. Tyle tez bez pokrycia… Masz dziecko – cierp. Nikt nie kazał Ci go mieć.

W firmie, w której pracuję powszechną praktyką jest zwalnianie kobiet, które właśnie wracają z urlopu macierzyńskiego. Niby tak nie wolno, niby ochrona jest… ale po godzinie, dwóch od rozpoczęcia pracy po powrocie delikwentka dostaje papier, że niestety firma likwiduje jej stanowisko pracy. I out. A po kilku dniach na stanowisku owym – oczywiście nazwanym inaczej – pojawia się nowa osoba. I wszystko w majestacie prawa – zgodnie z ochronkami, prawami etc.

- Wie Pani również, że każdy dzień L4 na opiekę będzie miał konsekwencje dla Pani w późniejszym czasie? – usłyszałam od szefa, kiedy zadzwoniłam z prośbą o urlop na żądanie – podobno przysługuje pracownikowi takie prawo. Jednak kodeks pracy dał pracodawcy prawo odmowy jego udzielenia. Po cholerę więc funkcjonuje pojęcie na żądanie? W moim rozumieniu – jest to urlop, który występuje w sytuacji wyjątkowej. Nagła gorączka u dziecka – powyżej 40 stopni – to jest sytuacja wyjątkowa. Jednak najwyraźniej mam inne postrzeganie świata i definicji podstawowych.

Mam jednak pytanie do pracodawców: czy naprawdę wydaje Wam się, że matka będąca myślami przy chorym dziecku, wisząca na telefonie to pracownik wydajny? Stać Was na czas, który potem będzie musiała poświęcić na korygowanie ewentualnych błędów popełnionych w trakcie takiej pracy? Stać Was na ewentualne straty poniesione na wizerunku z ramienia takiego – mało skoncentrowanego na pracy w danym momencie – pracownika?

Szanowni pracodawcy. Zapewniam – żaden pracownik nie powoduje choroby u swojego dziecka złośliwie żeby tylko odegrać się na swoim szefie. Zapewniam również, że sytuacje kryzysowe w życiu pracownika zdarzają się. Tak zwyczajnie. Jeśli więc prosi o urlop na żądanie to z reguły ma ku temu powody.

Szkoda, że pracodawcy traktują pracowników jak niewolników – wykorzystując fakt posiadanej władzy. Ale każdy kij ma dwa końce. Uważajcie – bo z siodła czasem też można spaść. I jeśli traficie wtedy na szefa o Waszym pokroju – czego życzę Wam z całego serca – boleśnie przekonacie się jak ważny jest w pracy szacunek. Nie tylko do siebie.