Miałam sen dzisiejszej nocy… zmęczona, zamknięta w sześcianie bólu i bezradności – w końcu usnęłam.

Znalazłam się na pięknej polanie, pełnej słońca, rosy i kolorowych kwiatów. Niebo okalały ogromne srebrne pajęczyny – lekko uginające się od kropli, które na nich osiadły – skrząc się milionami refleksów świetlnych. Spacerowałam. Po tęczy – moje bose stopy zanurzały się w puszystej materii, mieniącej się światłem. Idąc odwróciłam się i zobaczyłam, że zostawiam czarne ślady. Wszędzie tam gdzie moja stopa zetknęła się z podłożem powstawała wykruszona wyrwa czarnego popiołu. Błogość okalająca moje ja zniknęła tak nagle ustępując miejsca zalewającej mnie fali lęku. Straciłam równowagę i spadłam. Jednak nagle zobaczyłam, że lecę – na moich ogromnych białych skrzydłach.

Usiadłam na brzegiem morza. Stopy raz po raz zalewały mi fale. Znów poczułam ukojenie. Jednak moje skrzydła nagle spadły na piasek – nie czułam bólu ich utraty. Czułam tylko smutek patrząc jak biel piór zasnuwa się czarnym dymem … Rozsypały się – jakby były zbudowane z sadzy. Wiatr porwał tańczące czarne drobiny i uniósł je w dziwnym tańcu…

… a ja obudziłam się. Z nieodłącznym strachem i bólem pszeszywającym raz po raz mojego człowieka.