Kolejny trudny dzień. Każda moja komórka, każda cząsteczka mojego ciała daje mi odczuć, że istnieje – bolesnym krzykiem, jakby od natężenia jej głosu zależało moje przekonanie o jej egzystencji. Każda chce przekrzyczeć inne, nadać sobie ważność…

Dziś jednak nie pozwolę sobie na uległość. Dziś właśnie nie … dlatego zajmę swój umysł czymś innym.

Postanowiłam rozebrać swoją miłość do niego – tą która ponoć kiedyś była – na czynniki pierwsze. Wzięłam ją więc w dłonie – i tu pierwsze zdziwienie. Jaka lekka… Nie waży prawie nic, jest miękka i składa się z płatków.

Odrywam pierwszy z nich – niczym pojedynczy liść z gałązki akacji w znanej wróżbie. Przyjaźń. Czy ona była obecna? Mówiłam, że kocham… ale czy lubiłam? Trudno teraz po latach odpowiedzieć na to pytanie. Ale przecież postanowiłam, że nie będę się mamić czczymi tezami. Że będę szukać prawdy tej prawdziwej… dlatego – nie, nie było – szepczę powtarzając zdumiona to co usłyszałam w głowie… zanim zdołałam wypowiedzieć. Nigdy nie był moim przyjacielem. Miałam od tego innych kumpli, którzy rozumieli mój mózg. Byli wtedy, kiedy potrzebowałam powiernika, radcy lub kogoś do pomilczenia i bycia. On raczej był obok – a nie ze mną. To dziwne – myślę i puszczam płatek, który wirując opada u moich stóp.

Odrywam drugi delikatny płatek. Zrozumienie. Kiedyś myślałam, że jest. Ale teraz z perspektywy minionego czasu myślę, że nie. Nie było go. Nie mogło być – bo każdy z nas żył po swojemu. Był czas, że wzajemnie się do siebie naginaliśmy – chcąc być razem musieliśmy spotkać się gdzieś po drodze… ale nie rozumieliśmy się. Od początku żyliśmy nie próbując nawet zrozumieć świata tego drugiego.

Miękko sunąc w powietrzu opada kolejny płatek. Podobieństwa. Raczej brak. Dzieli nas wszystko. Jesteśmy jak ogień i woda. Mamy inne poglądy, inne zainteresowania, inną wiarę, inny kręgosłup moralny… do pewnego momentu to funkcjonowało. Aż zauważyłam, że mi przeszkadza…

Następny płatek. Szaleństwo (lub chemia jak kto woli). Działaliśmy na siebie z niesamowitą siłą przyciągania. Był czas, że zaprzedałabym duszę diabłu byle tylko być z nim. Odrzuciłam wszystko, co kiedyś było dla mnie ważne ale stało mi na drodze uczucia. Bez żalu. Nawet z dumą. On nie musiał rezygnować. Ale mógł mnie powstrzymać. Nie zrobił tego. Wtedy myślałam, że to miłość. Teraz widzę to inaczej…

Kolejny płatek. Namiętność. Początkowo zatraciłam się całkowicie. To było jak narkotyk, nałóg, z którym nie można walczyć. Upajałam się. I nagle wszystko zgasło. Jak zdmuchnięty nagle płomień świecy. Pozostała tylko obojętność.

Następny płatek płynie w rozkołysanym tańcu. Zaufanie. Kiedy w związku raz staniemy w sytuacji utraty tej kruchej materii zwanej zaufaniem, już nigdy nie uda się odzyskać go w pełni. To jak z chińską porcelanową filiżanką. Kiedy pęknie można ją oczywiście skleić. Ale rysa zawsze zostanie. Tak jak w pamięci – wyryta na zawsze.

 

Patrzę na płatki ścielące się wokół moich stóp… tańczą na wietrze i ulatują w różnych kierunkach. Z rąk wypada mi reszta materii – wiatr porywa ją i rozkłada na deszcz pojedynczych struktur.

Dlaczego teraz widzę tyle rzeczy, które ukryły się wtedy? Dlaczego nie słuchałam tych którzy widzieli? Dlaczego musiałam dać sobie prawo do błędu?

W uszach słyszę szum akacjowych liści. Obwieszczają koniec wróżb…

 

Pozostaje pytanie. Kochałam czy tylko mi się zdawało?