Stoję ubrana w ciemność. Naciągam ją na siebie i wtulam się w nią cała. Niczym w puszysty, miękki koc. Chcę się schować… zapomnieć. Wyrzucić myśli i podeptać, by nie uwierały. Wyrwać je z korzeniami, żeby nie dać im szansy na odrodzenie.

…dlaczego nie mogę tak jak dziecko ukryć głowy w dłoniach i zniknąć zamykając oczy.

Nie jestem sama. Czuję jego lepkie kosmate ramiona, którymi oplata moją duszę w kokon z pajęczyny strachu. Dlaczego wciąż tu jest? Nie mogę się go pozbyć. Nie potrafię mu uciec. Kiedy wydaje mi się, że wreszcie go przechytrzyłam i docieram do wynalezionego miejsca oddalenia, on już tam jest. Czeka, kiedy z rezygnacją siadam obok. Wyciąga do mnie kubek z herbatą – taką jak lubię: cynamonowo-imbirową – znów dotyka mojej duszy powodując jej zamieranie. Próbuję wciąż od nowa przebić się przez niego, usunąć omotane wokół mnie nitki lęku, ale bezskutecznie miotam się tylko w sobie.

Jestem taka bezwolna… mogę tylko czuć jak wgryza się we mnie do kości, rozszarpując ostatnie resztki rozbitej w pył siły. Uderza z taką mocą, że nawet nie próbuję oddychać… I jestem nim…

… cała.

Otoczona bólem.