Świadoma własnych barier w odkrywaniu siebie ściągam cugle moich zachowań. Wciąż tkwię w poczuciu niedoskonałości. W dążeniu do akcpetacji. Mój sztywny gorset z supłem na końcu zasznurowany. Dlaczego tak potrzebuję potwierdzenia od innych? Dlaczego nie mogę pozwolić sobie na swobodę? W byciu sobą. Do końca.

Chodzę bosymi stopami starając się poczuć. Grunt. Ale budzę tylko swoją tęsknotę. Która wypełnia mnie całą po horyzont ciała. Wszystkie zmysły, obudzone nagłą potrzebą czucia, przekazują mojej duszy nieistnienie. Jak by to było dobrze móc nagle wyłączyć niedosyt.

Wstaję z kolan i otwieram oczy. Kolejny świt nastał, przyprószony mżawką. Pozbawiony obecności…

Zbieram rozkruszone cząstki mnie, rozsypane wokół, by skleić je w jedno.