Ja – ubrana w skórę siebie. Tak bardzo do mnie nie pasującą. Ja – znosząca niewygodę już tyle lat. Czy to jest dziwne, że mieszkają we mnie uczucia tak mi kiedyś obce, a tak bardzo moje teraz? Potrafię być zimna i nieczuła. Niewzruszona na niewygodę tego człowieka, który dzieli ze mną mury mieszkania. Potrafię z mściwą satysfakcją patrzeć na jego niemożność. Mam wytłumaczenie dla siebie. A gdybym nie miała? Czy byłabym tak samo obojętna?

Wiem, że tak.

I dobrze mi z tą wiedzą. Nie wiem – może w myśl zasady oko za oko? A może po prostu nastąpił taki czas, kiedy dotarło do mnie, że nie muszę. Nic nie muszę. Nic nikomu nie jestem winna. A przede wszystkim nie jestem męczennicą, która cierpi za miliony. Już nie! Teraz liczę się ja.

Delektuję się jego wściekłością – tak jakby to była moja ulubiona czekolada. Przegryzam ją kawałek po kawałku i z lubością czekam aż jej słodycz wypełni moje kubki smakowe i pobudzi endorfiny. Działa! Och, jak bardzo działa!

Jego wybuchy są mi właściwie obojętne. Wywołują jedynie uśmiech moich oczu. Tak jakbym oglądała film, w którym bohater wyładowuje agresję na otoczeniu. A przecież w tym przypadku to otoczenie – to ja. Dziwne uczucie. Spływania po kaczce… takie kojące wewnętrznie. Bo co mnie to właściwie obchodzi? On nie jest już częścią mojego świata.

Mój świat teraz należy tylko do mnie.