Znów nie śpię. Znów nie mogę nakłonić swoich myśli by się rozpierzchły i dały wytchnienie, choć przez kilka minut. Czas przesypuje się przez trybiki mojego zegara niczym piasek w przewróconej klepsydrze… Niebo - ciemne aksamitem z niteczką księżyca, otula mnie przyjaźnie czernią. Ale nie pomaga…

Przez większą część swojego życia zasypuję zapomnieniem zdarzenia, które chcę wymazać z mojej pamięci. Próbuję udawać – nawet sama przed sobą – że nie istniały. Były tylko snem, który czasem pojawia się przed oczami i boli w samym centrum mojej duszy… ale to tylko zły sen, z którego kiedyś się obudzę przecież. Zakrywam go płaszczem niepamięci i łudzę się nadzieją wiary.

Jednak nagle pojawia się szczegół – nieistotny – jak zapach, gest czy odcień światła… i wszystkie moje demony wychodzą, żeby z uśmiechem na ustach zatańczyć przede mną. W pełnym blasku uwypuklając to wszystko o czym chcę zapomnieć. To boli. Tak, że nie można oddychać. Jestem wtedy bezbronna, pełna nieporadności dziecka. Podatna na krzywdę…

Stoję obnażona w swojej duszy – ja człowiek skrzywdzony przeszłością, pełen strachu o przyszłość. Naznaczona poczuciem winy…

Może już zawsze mi się nie uda?