Co ja tu robię w tym momencie czasu i przestrzeni? Co ja tu robię z tym obcym mieszkającym pod jednym dachem ze mną? Co ja robię TU?

Niegdysiejsza fascynacja dwojga ludzi jaka kiedyś była naszym udziałem minęła bezpowrotnie. Zostało tylko znudzenie. To tak jakby razem z tym papierkiem z urzędu stanu – z tym aktem własności nawzajemnym nadanym mocą urzędnika i paragrafów za nim stojących – skończyła się miłość. Ten pęd niepohamowany do odkrycia cudzej inności – tajemniczej i pociągającej. Umarł nagle? Nie, nie umarł. Przestał być niczyj i stał się nasz – mój dla niego, jego dla mnie. Z czasem okazało się, że to co było fascynująco inne, intrygujące nagle zmieniło oblicze – w miarę oswajania. I stało się przeszkadzające, irytujące.

Ja – kobieta w małżeństwie. Żona. Powinnam kusić uwodzicielsko, ale jednocześnie unikać makijażu i przesadnego dbania o siebie. Powinnam wzbudzać zainteresowanie innych mężczyzn, ale schodzić im zarazem z pola widzenia. Powinnam posiadać swoje pasje i czas na ich rozwijanie ale przede wszystkim być do obsługi jego. Powinnam posiadać własne zdanie – ale przecież nie po to, by on się do niego skłaniał… Łączenie przeciwstawieństw – to moja konieczność jeśli chcę być z nim.

I tak sobie trwałam w tym moim (?) świecie. Dając sobie wmówić, że tak właśnie wygląda szczęście rodzinne.  Bo przecież jestem dorosła – a za to płaci się pewnymi wyrzeczeniami siebie. Nie można mieć wszystkiego. W końcu jestem strażniczką ogniska domowego – moje główne zadanie to dbanie o to, żeby wszystkim było dobrze… Wszystkim tylko nie mnie. Ale kto by tam zwracał na to uwagę… Przecież związek to zawsze sztuka kompromisu – przesuwanie moich granic coraz bardziej w zamierzonym przez niego kierunku.

Teraz widzę to wszystko. Ograniczenia, które pozwoliłam postawić w swojej głowie. Dostosowałam się do nich bez słowa sprzeciwu (bo przecież tak wygląda odpowiedzialność)… Teraz widzę…

…i zastanawiam się nagle. Co ja tu robię?

Z tym obcym facetem, którego nie znoszę do kości całą sobą…