Czasem myślę, że znajduję się na oddziale zamkniętym w psychiatryku. Zapętlona w sobie, zawiązana w supeł własnej niemożności z koniecznością akceptacji sytuacji w jakiej jestem. Poddawana nieustannej terapii – wstrząsowej. Nie prądem. Jego obecnością. Wymuszającą podjęcie roli – zapomnianej już w moim mózgu – żony. Opiekunki. Bo przecież kiedyś w chwili amoku ślubowałam, więc jestem zobowiązana… co za ironia.

To ciekawe, że w takich chwilach, on nie ma nawet cienia wątpliwości… że wszystko zrobię z jego oczekiwaniem, bez skargi na ustach, z przyjemnością. Tak jakby ten czas nieobecności wzajemnej w nas w ogóle nigdy się nie zdarzył. Jakbym obecnej sytuacji nie widziała jak kalki z niedawnych zdarzeń, kiedy ja byłam zależna. Wtedy nie miał obowiązków… a dziś wymaga ich ode mnie. Zdziwiony napotkaną stalą mojego wzroku. Zdziwiony żyletkami brzmiącymi w moim głosie. Zdziwiony…

Czym zasłużyłam sobie na taki sposób leczenia? – pytam mój los. A on – jak każdy lekarz, żeby nie denerwować pacjenta, uśmiecha się do mnie łagodnie za plecami chowając kolejną receptę z kontrowersyjnym lekiem. Odtrutką na dziwne pomysły typu życie bez znoszenia obecej obecności…

Przechadzam się po korytarzach pełnych drzwi bez klamek i jak każdy rasowy wariat pytam:

- Nich mi ktoś powie co ja tu robię?