To zadziwiające, że okoliczności tak wpływają na zachowania. Nie podejrzewałam siebie, że jestem zdolna do tylu negatywnych uczuć względem innej osoby. Czasem patrzę na siebie i znajduję kogoś innego – obcego mi, dalekiego w emocjach, które rozrastają się każdego dnia do coraz większych rozmiarów. Nie walczę z nimi. Pozwalam zawładnąć. Objąć się i powieść do tej linii, której przekroczenie wiążę się z upadkiem kolejnego mojego wentyla stwarzającego pozory bezpieczeństwa…

Moje ja – wystawione codzienie na nowe czynniki – ulega złamaniu. Swoistem złamaniu. Bo nagle jestem pełna nienawiści, obezwładniającej do krańca duszy. Zalewającej złością i zapalczywością… Ale to nie rodzi mojej agresji. Tylko spokój. Spokój tak zaskakujący dla mnie. Ale bardziej dla niego. Wywołujący jego niezmierzone pokłady wściekłości… Im bardziej on wybucha tym bardziej ja jestem spokojna. To swoiste wyrachowanie…

Czuję się zmęczona każdego dnia coraz bardziej. I każdego dnia powoduje to moją większą mobilizację. Do walki.

Nie wiedziałam, że potrafię być tak jak on.

Ale już wiem…