- Czuję się tak samotna jak właściwie nigdy w życiu – słyszę nagle swój głos, spokojny w zbiciu z jego krzykiem. – Bo wiesz, najgorsza samotność to ta przy drugim człowieku. To ta w obecności kogoś. Ona dotyka najmocniej, bo niestety stwarza ułudę. Oszkuje, powodując mgłę w oczach i pozwala na okłamywanie siebie, że jest dobrze. A przecież nie jest…

- Też tak czuję – cicho mówi on i już wiem.

Obydwoje znaleźliśmy się w tym punkcie, z którego wyruszymy dalej bez drugiego.

I nagle czuję jakby spływała ze mnie strugą woda. Z całego ciała. To takie namacalne, odczuwalne każdą drobiną. Opadają emocje, opada strach, opada niewiedza… wszystko, co tyle czasu gromadziło się we mnie aż do cebulek włosów. Czuję się dziwnie. Nie lekko, nie… to nie tak. Czuję się jakby ulga, którą czuję wypełniała każdą możliwą szczelinę mojego ja. Ulga, że wreszcie się stało.

To dziwne.

Łatwiejsze niż myśłałam. I dające spokój… ten lokujący się głęboko w człowieku i pozostający już na stałe. Niezależnie od sytuacji zewnętrznej – bo nawet kiedy jest źle i agresywnie, wiem, że ma to kres. Do którego dążymy. I którego chcę. Obydwoje chcemy. Spokój wynikający z pewności obranego kierunku.

To dobrze, że obydwoje tak myślimy. Tak jest łatwiej. Choć ta sytuacja jest dla mnie zaskoczeniem. Bo to niespodzanka, że ta cała agresja, zapalczywość, wręcz nienawiść kierowana w moim kierunku ostatnio, nagle stopniała wraz ze zdaniem „rozwiedźmy się” wypowiedzianym przez nas jednocześnie. Zobaczyłam zaskoczenie w jego oczach, a potem usłyszałam – nie wiedziałem, że tego chcesz…

- Chcę. Bardzo chcę. – odpowiedziałam.