Zamykam oczy. Lepkość otaczającego mnie świata rozpływa się. Ginie…

Podnoszę głowę zadziwiona otaczającym mnie kolorem nieba. Fioletowo-purpurowym. Skrzącym się milionami srebrnych migoczących punkcików. Obok mnie stoi kobieta. Jest piękna niczym antyczna bogini. Ubrana w długą zwiewną suknię koloru burgunda, z rozpuszczonymi włosami miękko spływającymi na plecy. Wiatr delikatnie otula ją i powoduje falowanie materii. Uśmiecham się do niej.

 Macham ręką i nagle widzę, że to ja… Moje odbicie w ogromnym lustrze. Chcę go dotknąć, ale im bardziej chcę się do niego zbliżyć tym bardziej się oddala.

Nagle zauważam, że obraz w lustrze rozwarstwia się, jakby był namalowany w konwencji impresjonistów. Każdy kolorowy punkt mojej postaci oddziela się i zaczyna zabarwiać na intensywną czerwień. By po chwili stracić kontury i zmienić się w deszcz. Opada miękko na piasek, zabarwia go na czerwono… Jednolicie czerwony strumień wylewa się z lustra i zaczyna dosięgać moich bosych stóp…

Budzę się.

Wokół panuje ciemność.

Lepka kosmatość czai się w niej i patrzy prosto w moje oczy.