Duszę się. Nie upałem, który zalewa ostatnio powietrze. Duszę się atmosferą – jeszcze mojego – małżeństwa. Cześć lęków została uwolniona – czuję jak rozpływają się po moim krwioobiegu powodując dławienie w gardle. Nagle muszę się mierzyć z otwartą manipulacją. Wymierzoną we mnie.

Czemu to ma służyć? On – zapatrzony w siebie, poleruje figurkę swojego ja zdjętą przez chwilę z piedestału… czy własne ego może być aż takie ważne, żeby nie liczyć się z nikim? Ja, ja, ja – z tego zbudowany cały świat. Nic poza tym nie istnieje.

Czuję się jakbym nagle – po latach niewidzenia – założyła okulary zmieniające perspektywę. Wyostrzające obraz. Nagle to widzę. Aż namacalnie. Poradzę sobie z tym. To już nie jest dla mnie kłopot.

Problem istnieje w pytaniu: „- mamo, dlaczego tata mi to mówi o tobie, przecież to kłamstwo? Dlaczego go bronisz, masz prawo mówić o nim źle, tak jak on o tobie…”

Mam prawo? Nie, nie sądzę. Nie mam prawa mówić o nim źle do niej. I nie będę tego robić. Jest dla mnie zbyt ważna.

Mówić nie będę.

Ale moje myśli… to szalejące tornado. Może potrafią zaklinać rzeczywistość…

Moje myśli… budują moje ja od środka. Moje złe ja. O którego istnieniu nie miałam pojęcia. A które teraz budzi się z każdą sytuacją dnia codziennego. Nic mnie jednak nie usprawiedliwa. Czai się we mnie tyle zła, złości i niewypowiedzianych pokładów … nienawiści nawet. Patrzę czasem w swoje oczy i pytam – kim ty jesteś?

I nagle zdaję sobie sprawę, że to ja. Tak po prostu. Ta sama ja co zawsze. Tylko mniej zbudowana z naiwności. Pozbawiona cierpliwości i usprawiedliwień. Bez ciągłej zgody. Obrosłam w szorstkość i świadomość. Potrafię być zła – do szpiku kości, przesiąknięta uczuciami, których zawsze unikałam. Teraz we mnie są…

Moje myśli… może potrafią zaklinać rzeczywistość…