Przeszłość. Chwile, minuty, lata, które były. Czy mam na nie wpływ – już nie. Skończyły się. Żyjąc tym co było nie pozwalam rozwinąć się mojemu teraz. Ograniczam swoją przyszłość.

Dość. Od dziś najważniejsze jest dla mnie teraz. To, które się właśnie dzieje, na które mam wpływ i chcę je kształtować. Jest ciężko. Ale przecież to trudności motywują, rzeźbią charakter. Nigdy niczego nie otrzymałam od losu w prezencie. Zawsze musiałam na wszystko zaprawcować. Jestem wprawiona.

A upadanie? To zawsze początek wstawania. Dlaczego ciągle muszę to sobie tłumaczyć… Przecież już od dawna to wiem.

Te wszystkie negatywne emocje, które tak silnie na mnie oddziałują, są we mnie. Potrzebuję ich. Nagle uświadomiłam sobie, że jestem zwykłym człowiekiem – mogę być wściekła, zła, pełna nienawiści do szpiku kości. Mogę czuć gniew czy agresję. Niezgodę na bezsensowną wegetację zamiast życia. Powinnam to wszystko czuć. Mam do tego prawo. Jak każdy. Kto ma świadomość siebie. Bo jestem tylko zwykłą kobietą – ułomną w swoich odczuciach, a nie aniołem, który zawsze wielkodusznie wybacza (bo taka powinność nauczona przez wieki historycznie)…

Tak właśnie chcę czuć. Po ludzku.

Gubię powoli swój obraz maszynki samoobsługowej do wypełniania obowiązków dnia codziennego.  Rodzę się niejako ponownie – ze wszystkimi uczuciami, które ma każda przeciętna osoba. Przestaję się tłumić. Udawać. Zdejmuję knebel moim emocjom, rozpętuję pęta sztywnych zasad, które tak dotkliwie mnie sznurowały. Na koniec zdejmuję szarfę z oczu i widzę siebie. Nową.

Z prawem do uczuć.

Z prawem do negatywnych uczuć.

Z prawem do prawdy.

Podoba mi się to. Bo to wcale nie świadczy o mnie jako o złym człowieku. Nie określa mojej osoby jako czarnego charakteru tej historii. Jedynie nadaje mi rys zwykłości. Bo jestem jak każdy.