Bywam czasem bardzo zagubiona. W świecie własnych emocji. Nie rozpoznaję ich. Czy to znaczy, że do tej pory we mnie nie mieszkały, czy też były głęboko uśpione… i nagle nastąpił impuls dający im życie? Powodujący ich wyłanianie się we mnie… Są mi obce a jednak moje. Bo czuję je całą sobą – do krańca duszy i po brzegi ciała… Każdym punktem siebie.

Nikt mnie nie uprzedził, że proces uwalniania się od męża będzie dla mnie taki trudny. A przecież to nielogiczne – bo tego chcę. Dążę do tego z całych sił i wiem, że nie mogę z nim być…Nie chcę już…

Dlaczego więc czuję się tak jakby ktoś wyrywał ze mnie moje ja, które broni się ze wszystkich sił, wczepia resztkami mocy w moją powłokę… jakby chciało na zawsze pozostać, nie zmieniać tego istniejącego świata, nie pozwolić na inność. Nieznaną, nieoswojoną, w której czai się niewiadome…

Wyrywam z całej siły te odczucia, chcę się ich pozbyć. Przekonana o słuszności obecnego i nadchodzącego… Jednak ja miota się ciągle we mnie. I im bardziej się go pozbywam tym mocniej je czuję.

Wiem, że postępuję słusznie. Wiem, bo widzę efekty. Które są dobre. Wiem, że burząc całe dotychczasowe życie buduję przyszłe. I wciąż mam poczucie … porażki i straty. Nie osoby z którą byłam. Chyba chodzi o to, że starciłam wszystko w co wierzyłam najmocniej. Rodzinę.

Ludzie widzą mnie odważną. Gratulują czasem… A ja nie rozumiem o czym mówią.

Przegrałam.