Nieustanna walka. Jaką toczę cały czas ja sama. Walka z nim – spotykamy się, ustalamy, potem wszysko jest inaczej i znowu wymaga spotkania. Moje życie teraz – spotkanie z nim, spotkanie z adwokatem, spotkanie z nim, spotkanie z adwokatem… ciąg tych samych zmiennych. Constans. I coraz większy lęk…

Walka jaką toczę o nią. O jej emocje. Rozdmuchane, niestabilne, o sile huraganu… Jej strachy naprzemienne z euforią. Ciągłe zmagania o normalność, w których nie ma wygranych. Jej pytania o niego do mnie, takie trudne do odpowiedzi. Bo nie mogę skrzywdzić jej własną – jakże subiektywną -  oceną, ale nie mogę również skrzywdzić jej deklarując za niego, usprawiedliwiając. Jej ufność w całym małym człowieczku, którym jest nakierowana na mnie…. i jej niezgoda tak silnie wyrażana i również nakierowana na mnie… Wiem, że to wynika z sytuacji, z trzęsienia jej świata, który dotąd jakoś nieruchomy teraz legł w gruzach… wiem, że czuje się ze mną bezpieczna, dlatego właśnie jej złe emocje uderzają we mnie – bo jest pewna, że może… Jest pewna, że niezależnie od tego co powie lub co zrobi będę z nią. Zawsze. Wiem o tym wszystkim. A jednak są chwile, kiedy siedzę i wyję w środku z bólu, w poczuciu krzywdy… bo choć umiem ją sobie wytłumaczyć to boli. Do środka rdzenia.

Moje rozmowy z adwokatem. Pozbawiające złudzeń. Zagłębiające się w te sfery, których nie chcę odkrywać… Pokazujące rzeczywistość – taką jak jest, odkrytą, prawdziwą… Bolesną… Rysujące przyszłość pełną strachu… Czasami  myślę, że nie podołam. W napadzie paniki myślę o tym, że źle zrobiłam – trzeba było trwać w impasie. Niewygodnym, uwierającym, przyprawiającym o powolne umieranie, ale bezpiecznym. Na swój sposób… a zaraz potem ganię się za te myśli. Wiem, że nie miałam innego wyjścia. Czuję się jak ptak – urodzony w niewoli -  wypuszczony nagle z klatki, który w zagubieniu nie wie co zrobić z tą wolnością. Zapomniał jak używa się skrzydeł… Przeraża go przestrzeń pełna zagrożeń  i możliwości…

Strach o sytuację materialną. O te skrawki bezpieczeństwa powodujące spokojny sen. Skurczone możliwości. Tyle nowości zafundowanych przez niego jeszcze na koniec… zaskakujących. Z konsekwencjami dla mnie. Skarbonka bez dna… Nie pomaga sytuacja w zatrudnieniu. Zagrożenia zwolnieniami… Cięcia i wymagania… I nieustanny ciąg chaosu…

Strach o mnie samą. Mój stan. Niestabilny, rozchwiany. Oskarżana za samodzielność w podejmowaniu decyzji – tych najtrudniejszych. Strach konsekwencji…

Strach o jego zachowania. Co jeszcze mnie czeka… co dla mnie przygotował… Uniki, niedopowiedzenia… w sytuacjach ważnych – brak kontaktu. Całkowita niestabilność. Całkowity brak możliwości.

A przy tym wszystkim muszę być przecież silna. Nierozchwiana trwać. Dawać oparcie. Nie poddawać się i radzić sobie. Sama, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi.

Najczęściej czuję się teraz taka malutka pod naporem tego wszystkiego co mnie przygniata. Bezsilna i pokonana… Siadam w nocy, otoczona jej bezmiarem i staram się zapomnieć.

Choć na krótką chwilę wytchnienia… do następnego ranka, który musi zacząć się zawsze moim uśmiechem na pobudkę dla niej.