- Mamusiu, a co dasz tacie w prezencie pod choinkę? – pada nagle, znienacka. Wielkie, niebieskie oczy wpatrzone we mnie, czekające… Niby zwykłe pytanie. Niby zwykła odpowiedź.

- Nic kochanie. My z tatą nie dajemy sobie już prezentów… – staram się, by mój głos był spokojny. Choć to niełatwe…

- No jak to? – dziwi się córeczka – To jak to będzie po wigilii? Bez prezentów? Nie będzie wam przykro?

- Kochanie, ale w tym roku taty nie będzie z nami w wigilię… – mówię i już wiem. Widzę niedowierzanie i zaskoczenie obejmujące małą istotkę coraz bardziej. Widzę tłumione drżenie ramion i podbródka. Widzę kolejny raz upadek jej świata… którego jestem przyczyną…

Rozmawiamy, przytulone, wtulone, zamknięte, odizolowane od zewnętrza. Płacze, a jej na to pozwalam. Jestem. Tłumaczę, rozumie. Jednak w oczach zgasła jej kolejna iskra… Czuję jej łapki dookoła mojej talii. Mocno. Jakby chciała całą siłą woli przytrzymać mnie przy sobie… Usypia nagle. W moich ramionach. Oddycha tak spokojnie… 

Dostajemy od losu (przeznaczenia lub Boga) tyle ile jesteśmy w stanie znieść. Tak mówią. Czasem jednak myślę, że ktoś gdzieś tam źle obliczył moje możliwości…

Nie mogę już więcej…