Święta. Ten czas w roku, kiedy wszystko zastyga w niemym oczkiwaniu na cud. Kiedy liczy się tylko to co najważniejsze…

A jednak teraz znów jest dla mnie trudno.

Pierwsze takie święta. W podzielonym świecie naszej egzystencji. Tyle uczuć nieoswojonych, nagłych, dusznych i trudnych. Nowość. Zaskakująca w dziwnym… tak właśnie w dziwnym. Innym.

Dziś siedziałam w czerni nocy i myślałam o tym jak bardzo chcę uciec. Gdzieś, gdzie mnie nikt nie znajdzie. Zostanę tylko ze sobą. W ciszy mojego wnętrza, które wykrzyczy wreszcie – bez zakłóceń – to wszystko co tak boli. Gdzie nie będzie nikogo kto zapyta – dlaczego jesteś smutna, zamyślona, oddalona, nieobecna… dlaczego tyle myślisz, nie roztrząsaj, zostaw, zapomnij, nie rozdrapuj wciąż… Gdzie będę tylko ze sobą. Bez ciągłej otoczki zmartwienia tych wszystkich, którym na mnie zależy. Gdzie będę mogła choć przez chwilę być prawdziwa. Bez kontroli. Bez ciągłego udawania, że jest w porządku. Bo nie jest…

Gdybym mogła zakopać się gdzieś – nawet pod ziemią - założyć pelerynę niewidkę i zostać z tym wszystkim we mnie co wymaga przeżycia a nie tłumienia… Tyle złości we mnie skumulowanej – na siebie, na niego, na świat, na innych, nawet na powietrze… Tyle bólu umiejscowionego gdzieś w okolicy żeber, rozpychającego imadłem moje kości i ciało… Tyle lęku obezwładniającego moją duszę i rozlewającego się paraliżem po każdej komórce… Tyle bezsilności kumulującej się po każdym spojrzeniu wielkich niebieskich oczu mojej córeczki wypełnionych niemymi znakami zapytania… Tyle emocji zaskakująco silnych, upychanych latami po kątach mojego człowieka, do granic możliwości. Wciskanych kolanem, by więcej zmieścić… By nie pokazać… By jakoś funkcjonować… I nagle puściły wszystkie szwy… Wylewa się a ja jestem zdumiona ile tego mieszczę. Bo kiedy wydaje mi się, że to już koniec to nagle pokazuje się kolejna warstwa – poukładanego z pietyzmem w kostkę niechcianego, któremu tak długo zaprzeczałam. Misterna konstrukcja moich odrzuconych skarg… nagle odzyskujących drugie życie. Z głośnym krzykiem tłukących się w mojej głowie…

Chcę uciec… do samotności dzielonej tylko obecnością moich demonów. Bez wszystkich. Bez wszystkiego. Dajcie mi do tego prawo. Bym była…

Tylko ja i niebyt…

…i moja walka w dążeniu do normalności.