Taka jestem zmęczona dziś. Ciągłą koniecznością tłumaczenia siebie innym… Ciągłe pytania… dlaczego to, dlaczego tamto… Jakoś nie przychodzi nikomu do głowy, że mogę nie wiedzieć… nie rozumieć siebie. Te zachowania, odczucia czy skrajne emocje są dla mnie tak samo nieznane po imieniu. Czuję je pod swoją podszewką duszy, doświadczam wewnętrznie, ale nie pojmuję rozumowo skąd się biorą i dlaczego.

Czy to takie dziwne, że nie zawsze jestem roześmiana? Że potrzebuję przestrzeni, w której nikt nie będzie na mnie patrzył? To mi naprawdę niezbędne, żebym mogła być czasem smutna, zapłakana czy nieobecnie zamyślona. Bo tak bardzo trudno jest się kontrolować przez cały czas… muszę mieć możliwość bycia sobą dla siebie.

Dlaczego tak trudno to zrozumieć?