Zamykam ją w dłoniach. Jest zastanawiająco mała, delikatna, krucha… moja dusza zbudowana ze stosu drżących kryształów zlepionych w jedno. Dziś leży schowana w moich dłoniach, pokonana i rozpłakana. Pełna lęku o siebie samą… chodząc po dachu świata rozpiętego na wieżowcach zobaczyła codzienność pod stopami, daleką, malutką jak mrówki, obcą. Pustą we mnie.

Znowu złe wybory, znowu drogi bez końca i ślepe zaułki…

Czy ciągle będę to robić? Sobie samej…

Tulę ją z największą czułością na jaką mnie stać. Względem siebie.

I tak bardzo chcę, żeby to nie były moje dłonie…

Wdycham zapach. Moich ulubionych tulipanów. Żółtych. Dziś wróciłam z całym naręczem… cieszącym moje oczy. Koją ból. Dziękuję. To miłe, że jest ktoś kto pomyślał… choć uwypukla kontrast.

Jeszcze muszę wytrzymać. Jeszcze muszę być silna. Jeszcze znajdę w sobie resztkę dzielności… Odmierzam sekundy, minuty, godziny niczym matematyk skrupulatnie liczący równania logiczne. Z tą tylko różnicą, że we mnie nie ma logiki. Są emocje. Psujące wszystko. Całą równowagę tak niestabilną jeszcze…

Kolejny raz – idę na wojnę.

Tylko muszę wstać z kolan…

…by wygrać.