Czasem jestem zaskoczona. Całkowicie. I czuję się tak jakbym dostała gwiazdkę z nieba. Wcale nie prosząc. Wbrew wszystkim obawom…

Drobiny szczęścia spadające nagle na mnie powodują, że odkrywam jak bardzo jestem zmęczona. Przytłoczona ciężarem wszystkiego co mi się zdarza. Radość, którą czuję uwypukla dotychczasowe uczucia.

I już wiem, że wszystko co robiłam spowodowane jest tym łaknieniem. Normalności. Choć w jednym zakresie. Dążeniem do posiadania choć jednego punktu zaczepienia. Odniesienia w tym chorym świecie jaki mnie otacza. Zewsząd.

Ludzie to taki dziwny wyznalazek. Kiedy potrzebowałam ich obecności otaczała mnie pustka. Teraz, kiedy tak bardzo chcę być sama garną się do mnie z każdej strony.

Spacerowałam dziś po mieście, w którym mieszkam. Zawsze lubiłam spacery wieczorne – wszystko w świetle nocy zyskuje na urodzie. Każdy budynek, szarość czy zwykłość budzi w sobie tajemnicę i piękno. Czuję się dobrze chodząc w blasku latarni, ciesząc wzrok i sortując swoje wnętrze. To taki luksus – bycie tylko ze sobą i nie tłumaczenie się z każdego grymasu, zmarszczki czy zamyślenia. Prawda. O mnie. Tak rzadko mogę sobie na nią pozwolić.  Igiełki zimna dotykające mojej twarzy… Cud rzeki odbijającej kontury moich ulubionych budynków, które podziwiam w zarysach stojąc na moście. Tym pełnym treści. Rozmowa. Moja ze mną. Żadnego udawania. Tylko ja, taka jaka jestem ostatnio najczęściej. Takie zwykłe rzeczy. Wpływające na moje czucie… Siebie. Z uśmiechem, który dziś towarzyszy mi ciągle. W takim dniu nawet natręctwo innych nie wyprowadza mnie z równowagi. Odmawiam tylko swojej obecności. I idę dalej – dla siebie przytulona.

Dziś – dzięki temu, że czuję się szczęśliwa – zrozumiałam…swój brak logiki.