Zbicie dwóch światów. I dwóch mnie żyjących w tym człowieku, który nosi moją duszę. Tak zupełnie innych, wzajemnie odległych światów.

Ja z kiedyś – bezbarwna, mechaniczna codziennością z maszynką określonych zachowań wbudowaną w mózg. Rezygnująca powoli i niezauważalnie z siebie – nie dlatego, że ktoś tego oczekiwał. A w każdym razie nie tylko dlatego.  Głównym powodem był brak czasu na wszystko. Łatwiej rezygnuje się z siebie zastępując to górnolotnie brzmiącym my i nie widząc, że w ten sposób zabija się własny indywidualizm. Ten, który przejawia się w potrzebach, w realizacjach, w zamierzeniach, w przyjemnościach – nie wspólnych tylko swoich. I nagle powoli skreśleniu ulega to wszystko, co ważne dla mojej istoty, a w to miejsce włożone zostaje to, co istotne dla wspólnoty. Skreślam swoje upodobania i przyzwyczajenia, bo przecież nie mogę upierać się nad herbatą w tym właśnie kubku -  to takie nieistotne, małostkowe i nieważne przecież jest…Kompromis – słowo klucz. Rezygnowałam więc z miliona cech określających mnie jako taką właśnie osobę i dostosowywałam do bycia z kimś. W imię miłości. Bo tak trzeba dla dobra bycia razem.  Porządkowałam własne zachowania – z własnej i nieprzymuszonej woli. Bo przecież tak trzeba. Tak będzie dobrze. Często uwierała mnie niewygoda nie-własnych zachowań (te klamki niedomknięte, te krany niedokręcone, te ciągłe spóźnienia będące świadectwem braku szacunku…) ale przecież - i tu - słowo klucz… Tak, kompromis.

Ja młoda, ładna, niegłupia zaczęłam żyć jak kalka samej siebie w więzieniu swojego życia. Bo taka tradycja… Bo rodzina… Bo nie można mieć wszystkiego… Bo to ja muszę być mądrzejsza… Bo… Bo… Bo…

Teraz jest inaczej. Ja taka odmienna. Radosna i pełna siebie – tych oczekiwań, zachłanności, emocji.  Pełna życia. Nie mam już w sobie maszynowego tańca pt.: sprawdź krany, sprawdź zamki w drzwiach, sprawdź kuchenkę, sprawdź okna… Nie zachowuję się jak robot, którego głównym zadaniem jest dbanie o innych. Ja kolorowa, głodna siebie, energetyczna. Właśnie taka jaka powinnam być.

Budzę się każdego dnia i, z uśmiechem na ustach, myślę – dobrze mi ze sobą.

Bo lubię pić herbatę z tego właśnie kubka, bo właśnie nie muszę już nigdzie gnać spóźniona, bo mogę wychodzić na tyle wcześniej by być właśnie przed czasem, bo lubię tę właśnie spódnicę, która wcale nie jest za krótka… Bo te właśnie – małe nieistotne szczegóły sprawiają, że jestem tym kim jestem. I wcale nie chcę być inna. Nie muszę.

Właściwie – nic nie muszę.

I dzięki temu czuję się scześliwa i wolna.