Czasem czuję zawieszenie. Między moimi światami. Jakbym nie do końca potrafiła je połączyć .

Żyję spokojniej. Bez tej całej szarpanki i obojętności mijanej ciągle w drzwiach. To tak jakby rzeczywistość, która mnie otacza była bardziej moja. Mój człowiek już nie miota się bezsilnie od ściany do ściany w poszukiwaniu wytłumaczenia. Mam czas dla siebie. Mam coraz więcej przyjaźni dla siebie. I zrozumiania swojego ja.

Czasem myślę, że niepotrzebnie zmarnowałam tyle lat na czekaniu.

Jeszcze wciąż nie umiem wyciszyć w sobie emocji. To takie trudne. Zdzieram gardło krzycząc do upadłego. Wyrzucam chaos jaki w sobie mam. Ale nadal jest we mnie złość.

Teraz znów napięta jak struna czekam. Już tak niedługo…

Mam nadzieję, że wreszcie będę mogła zamknąć drzwi do mojego małżeństwa, przekręcić klucz i pojechać na mój ulubiony most. Tam stanę na skarpie, która była świadkiem tylu wydarzeń w moim życiu,  i cisnę ten mały, ale jakże ciężki kawałek metalu do wody – głęboko. By nigdy więcej nie wracać.

Jestem zmęczona.