A może to jest tak, że nie umiem inaczej. Zamykam się włączając osłonę. Tą skorupę, którą tak ciężko przebić. Może wcale nie chcę oddać mojej samotności. Może nawet sobie tego nie uświadamiam, że jest mi ona niezbędna. Do poczucia bezpieczeństwa. Żeby nikt nie mógł mnie już skrzywdzić… żebym nie musiała potrzebować kogoś. Łatwiej zaakceptować taki brak w sytuacji, kiedy jest się bez nikogo. Wtedy to nie boli.

Obojętność staje się obojętna.

Tak, może tak właśnie jest. Oswoiłam samotność. Nie chcę się jej pozbywać.  Trzymam ją na uwięzi. Jest moiom kołem ratunkowym w czasie, kiedy wypadam za burtę.

Ta moja cholerna perfekcja. We wszystkim. Dlaczego nie mogę odpuścić… i wciąż zaciskam obrożę czując kolce przecinające moją skórę… boli, ale o ile mniej niż w głębi. Złe decyzje w moim głupim życiu – ile ich będzie jeszcze zanim się nauczę. Siebie. Zanim zrozumiem… Chciałabym wreszcie osiągnąć dla siebie perfekcję perfekcyjną – widzieć siebie bez tych rys.

Czasem próbuję się objąć ramionami, skurczyć przestrzeń mojego człowieka do rozmiaru, który zamknie swój kształt w iluzji. Będąc z nią w takim właśnie układzie wzajemnej zależności – niby bezpiecznie, ale wcale nie jest dobrze.

 

Strach znów mnie dogonił i chwycił, by schować mnie w swoich dłoniach. Mój dobry znajomy w kosmatym wymiarze. Rozpychający moje ja.

Nie jest dobrze.

Wcale.