Kiedy nie jest obcy ból ciała – ten przeszywający na wskroś – wydaje się człowiekowi, że nic bardziej już nie dotknie. Kiedy przeżyło się rozrywanie od środka i myślami, całym sobą, przekleństwami lub modlitwami zaklinało się wszystkie siły na niebie i ziemi, w całym kosmosie, by ustało jakkolwiek, by się skończyło, by już nie czuć wydaje się, że jest się odpornym. Kiedy granica bólu – tego ostatecznego do wytrzymania – została przekroczona wiele razy i przesunięta w niewyobrażalnym kiedyś stopniu ma się wrażenie dostatecznego doświadczenia… I wtedy posiada się w sobie taką iluzję, że już wszystko było w zakresie bólu.

 

A jednak to oszustwo.

 

Dziś idę po otchłani siebie w środku. Jestem zniewolona ciałem – słabym, niewytrzymałym i pokonanym już tyle razy. Czuję się tak jakby moje całe ja – duchowe i cielesne było złożone z miliardów drobin połączonych drobnymi niteczkami bólu. Cała sieć mnie utkana ręką niewidzialnego sadysty. Ale wiem, że on jest i patrzy czerpiąc satysfakcję ze swojego dzieła.

Wybrana i naznaczona do doświadczenia. Kolejnego już w moim życiu.

 

Boli mnie moja powłoka – to ciało biedne doświadczone tyle razy.

Ale to nic. Przejdzie, kiedyś. Minie.

To co powleka ta powłoka jest doświadczane bardziej… dogłębnie i tak celnie zawsze w punkt.

Dlaczego?