Kłamałam… całym swoim życiem dotąd. Jestem w tym mistrzem. W zwodzeniu, że jest dobrze…

Tak mi to podskórnie weszło w nawyk. Oddzielam więc istniejące we mnie światy – ten jest tylko dla mnie, ten może być odczuwany z rodziną, ten jest do pokazywania, a ten dla tych, którzy są mi bliscy. Nikt nie zna mnie całej – poza mną. Pobudki takich działań były różne – zachowanie pozorów, wstyd, dbałość o komfort innych, poczucie złudnego bezpieczeństwa. I tak się to we mnie rozrosło, tak zakorzeniło, że teraz – kiedy właściwie już nie muszę – nie umiem odsłaniać całości. Mogę rozłączać , dzielić, fragmentaryzować egzystujące we mnie uczucia – nawet kiedy w środku wyję z bólu nazewnętrznie jestem roześmiana.

To nie jest dobre, bo nie potrafię dzielić swoich strachów – tego co we mnie głęboko utkwione drzazgami. Współistnieć z kimś w tym zakresie jest mi trudno. Może dlatego, że sparzyłam się już tyle razy. Może kolejny ślad po próbie zaufania wyżłobiony we mnie smagnięciem czyjegoś odcięcia znów skutecznie tonuje moje próby zaufania.

Chcę wreszcie spotkać człowieka, któremu mogę ufać. By był do dzielenia całości moich światów, które go nie przerosną. Chcę akcpetacji dla siebie i zrozumienia… bez ciągłej potrzeby izolacji zagadnień niektórych.

Chcę prawdy.