Siedzę oparta o ścianę. By nie upaść… zbieram się w całość.  Z tego co jeszcze zostało. Staram się wyglądać jak co dzień, ale kompletnie mi nie wychodzi. Rozsypane ja, potłuczone całkiem, pełne siniaków po dotyku innych. Nie rozumiem. Tylu ludzi, ich zachowań, interakcji i odwetów. Nie rozumiem wcale.

Jest mi tak zimno. Mój mózg zamarza z wyżłobioną myślą, która uwiera. Czasem chciałabym żyletką wyskrobać z niego zawartość tego myślenia. Nie da się jednak. Przytwierdzone na stałe i możliwe do wyjęcia jedynie z tkanką. Odtwarza się więc we mnie ten film zdarzeń i interpretacji – wciąż od nowa. Z mściwą satysfakcją sprawiania niewygody…

Nie umiem. Nie mam w sobie tej empatii dla tylu obcych zachowań. Nie umiem się zniżyć. Nie potrafię czasem zgiąć kolan, przemilczeć. Potem nagle czuję się tak bardzo nie w tym miejscu, nie w tym czasie i nie w tym zagadnieniu.

Jestem obca. Wciąż. I choć wielu próbuje mnie oswoić nie da się. Mam w sobie kolce, które stają się coraz dłuższe. Rozwijają swoją egzystencję we mnie tym bardziej im bardziej potrzebuję współuczestnictwa i dzielenia siebie z kimś. Jakbym nigdy nikogo nie potrzebowała. Samowystarczalna… nie jestem wcale.

 

Siedzę oparta o ścianę. Marząc o tym, że jest ktoś dla kogo liczę się na tyle, by bez zadawania zbędnych pytań, podał mi sweter do ogrzania. Moich szarych komórek.