Życie po rozwodzie to nie jest sielanka. Błonia rozkwiecone i oświetlone słońcem, pełne kolorowych motyli.

To walka. O siebie. O byt. O spokój. Ciągle na tapecie. Wśród ludzi, którzy dali sobie prawo do komentarzy. Bez przerwy… I tak czasem na nich patrzę i zastanawiam się czy to zwykła ciekawość czy chęć wiedzy, że mam gorzej niż oni… taka potrzeba potwierdzeń przykładem innych.

Zmieniłam się. Zmieniam się wciąż każdego dnia. Jestem inna od siebie w małżeństwie. Jestem sobą z kiedyś. Tą, za którą tyle lat tęskniłam…

Życie w pojedynkę z odpowiedzialnością za podjętą decyzję dla siebie i dziecka jest trudne. Strach o nieznane. Strach o bycie samą. Strach, że nie dam rady. Czasem chęć ucieczki i zwątpienie. Niewiara. To ciągłe szukanie w sobie umiejetności przetrwania i pokładów siły.

Ale jednocześnie brak obcości, obojętności i zakłamania. Brak ciągłego trzymania pozorów, tego kurczowego zapewniania samej siebie, że przecież bedzie kiedyś lepiej, że się ułoży, że kolejny raz muszę tylko zacisnąć zęby i przeżyć. Że przecież…

Już nie muszę. Jestem sobą. Nie udaję.

I jeszcze jedna rzecz wyszła mi na dobre. Znowu jestem kobietą. Tą świadomą siebie. W pełni. Wróciłam do wszystkich swoich atrybutów. Nie tylko zewnetrznych. Nie muszę się pilnować w moim rozumie – bo zbyt dużo wiem i zbyt wiele akcentuję. Nagle moje otoczenie też to zauważyło. Zwłaszcza jego męska część… Sprawia mi przyjemność to zainteresowanie, które wzbudzam, te spojrzenia, uśmiechy, uwaga. I rozmowy… wreszcie o czymś, z tematyką, która mnie pociąga, interesuje, rozwija… Powrót do pasji – bez ciągłego ironicznego uśmiechu w tle. Powrót do prawdy o sobie. Jakaż to ulga.

Nie wiem jak się to stało, że do tego dopuściłam. Wykresliłam całą swoją istotę. Zapomniałam i wydawało mi się, że tak właśnie trzeba… To odarcie z logiki i rozumu, którego sama dokonałam jest dla mnie najbardziej niezrozumiałe. Teraz zaczynam żyć. Od nowa.

Przestałam wtapiać się w tło. Być niewidzialna.

Jestem.

I dobrze mi z tym.