Gdzieś ukryty jest. Z pewnością. I czeka aż go znajdę.

Mój dom. Ten świat tylko dla mnie. Taki jakiego chciałam. Bez tych wszystkich bolesnych ostrzy tkwiących w ścianach obecnych. Powodujących tylko ból. Chcę mieć enklawę, do której będę wracać każdego dnia. By w niej umierać tak jak chcę. Mój wymiar rzeczywistości . Własny całkiem. Tak poukładany jak lubię, jak chcę. By zadawać sobie ból na mój sposób.

Mój dom. Słowa. Teraz jedynie. Bez żadnego znaczenia. Bez całej wagi ważności. Pustka – ściany, meble i kilka bibelotów. Budynek. Nawet zamieszkany… ale nie po mojemu.

Mój dom – to miejsce wypełnione ciepłem i z gorącą czekoladą z nutą chili czekającą aż przyjdę… z oczami wpatrzonymi w horyzont. Wspólny. Tak chcę.

Szukam drogi. W wysokich trawach. Zarośniętej.

Znaczę ślad kroplami krwi. Krzyczącymi tęsknotą. Kapiącymi z poranionych przegubów.

Łzy mojej duszy mają kolor gęstego burgunda.