Jestem zadziwiona łatwością z jaką ulegam ułudzie. Tak jakby komórki mojego mózgu uodporniły się na prawdę. Oślepły, ogłuchły i przestały mówić.

To kim jestem i jaka jestem… męczące w swojej istocie. Czasem nie mam czego zbierać. Chodzę po błoniach ukwieconych i bosymi stopami wypalam popiół. Nie dostąpię… nie dotknę… a może wcale nie chcę. Grafit szklący we mnie – rysuje blizny czerpiąc z tego co pogrzebane we mnie ożywa. Tnie moją duszę raniąc ciało.  Krzyczę na strach, ogłuszona bólem braku czucia.

Nieoswojona wciąż. Niepogodzona. Przemierzająca trakt uścielony szkłem. Idę po nim tak, by zraniło. Głębiej. Mocniej.

Dla powodu.