Tak chcę się pastwić. Rozrywać, niszczyć, burzyć, miażdżyć. Czuć zadowolenie bólem nieswoim. Po kolei pozbawić je wszystkie całości jaką stanowią. Wyrwać z nich ręce, nogi, skrzydła, kości i patrzeć ze złośliwą satysfakcją jak przestają być.

Ale to niemożliwe.

Nie da się unicestwić. Będzie zawsze. Współistnieć i powodować niechęć. Za każdym razem we mnie. Jestem żywicielem. Bez swojej woli. Moja tkanka stała się jej. I nie wiem już czyje komórki są bardziej własne moje.

Biegnę, zmieniam kierunki, jakbym bała się, że wszędzie nastąpi skalanie koniecznością. Bycia bez komfortu noszenia własnej skóry, uszytej ręką innego krawca. Może był pijany i źle obrał miarę… niewygoda we mnie jest. Niepogodzenie z ofiarowanym.

Bezsilna jestem. W tylu światach swoich mam nic. Poza ciągiem nieuniknionego. Przytwierdzona do tarczy moja wola zardzewiała całkiem.

Ja – marionetka cudzej zabawy. Długie sznurki sterują każdym oddechem. Palącym ogniem w moich trzewiach. Może na zawsze będę już zabawką tylko. W rękach mściwego malarza mojego ja, którego rękę z pędzlem prowadzi szaleństwo.

Może na zawsze…

Ja i ona.

Razem.