Chodzę po wnętrzu. Samej siebie. Jestem wypełniona ostrym drutem istnienia. Kiedy patrzę zza jego zasieków widzę świat mijany z daleka. Przestrzenią obejmuje tereny, których nigdy nie przemierzę. Nie mam smutku w sobie a jedynie zgodę. Na fakt bycia inną. Lubię skrajności, życie nad przepaścią, dokonywanie wyborów nie zawsze właściwych. Lubię kiedy brakuje mi oddechu i czuję tętnieniem krew przelewającą się w żyłach.

Jednak skryta w sobie przed każdym i nikim jestem. Uciekam, by nie dotknęło. Zostawiło nienaruszoną mnie. Choć każdym nerwem czuję dziś, że jestem żywa. Tym życiem pozostawiającym odciski palców na mnie. Jego linie papilarne wyrzeźbione w moim ciele śladem jakiego nie zmyje nic. Nie do wywabienia.

Idę otchłanią czarnego nieba zafascynowana. Nie zwracając uwagi na oparzenia na stopach jakie zostawia rozpalone ogniem podłoże. Czeluście we mnie odkryte dla mojej wiedzy zgłębiam. Obejmują mnie demony mojego istnienia. W nich pokładam nadzieję na przetrwanie. Świadomie patrzę im w oczy. Ja kochanka zła daję się prowadzić w głębię piekieł jakie we mnie są.

Czuję się spokojna. Powracam do domu z dalekiej podróży.