Ja człowiek. Dusza moja pełna wolności zamieszkuje moje wnętrze. Jest jak ptak trzepoczący się w klatce.

Ja. Zawsze. Mijana przez ludzi, którzy patrząc nie widzą. Czytają mnie jak książkę ale nie rozumiejąc treści. Przewracają kartki mojego istnienia, śliniąc palce i usiłują dać swoim szarym komórkom możliwość odkrycia mnie. Taką jaka jestem. Ale patrzą tylko na litery, które nie tworzą słów. Nie mają znaczeń. Nie niosą istoty. Choć myślą, że przenikają na wylot. Moje znaczenie. Widzą pozory, które prezentuję każdego dnia wkładając na twarz maskę jakiej oczekują. Zakładam więc moje role niczym piękną biżuterię i maluję na ustach szminką uśmiech. Jestem powierzchowna. Jak chcą.

Nie obchodzi mnie, że moje ja wolne ukryte jest przed ich oczami.

Nie potrzebuję zgody świata na siebie. Nie potrzebuję opinii. Niech da mi spokój każdy, kto mówi. Niech da mi spokój każdy, kto nie widzi. Teatr kukiełkowych lalek mijanych na ulicy każdego dnia. Śmiesznie przekonanych o dokonywaniu własnych wyborów. Marionetki na sznurku niewidocznym dla ich oka. Teatr cieni jedynie z odtwarzaniem nauczonych kwestii.

Niech mnie zostawi.

Czasem trafia się ktoś kto z uwagą przeczyta książkę mojego istnienia. Otwiera wtedy oczy z zaskoczeniem patrząc na moją istotę. Wolną. Inną. Prawdziwą. Jaka jest.

O skrzydłach spętanych jednak… w tym świecie pustych nazw, w jakim przyszło mi być.

Moja dusza usiadła sobie w kącie mnie i patrzy na mnie dużymi oczami. Uśmiecham się do niej. Jesteśmy obie dla siebie.

Słowami pełnymi znaczeń.