Przez chwilę bezczelna

wykrzyczałam światu

swój uśmiech.

Emocje.

Jestem ich pełna.

Buzują pod skórą

zmieniają krew w ogień.

Błąd.

Jego pełnia pochłania mnie całą

zanurzając od stóp po krańce istnienia.

Z niedowierzaniem

kolejny raz nie doceniłam.

Darów losu, składanych dla mnie

pieczołowicie.

Podatna taka wciąż jestem.

Na ciągły dotyk

ich egzystencji.

Rozszczepiona jaźnią

wiszę

między mną a mną.

Nie umiejąc wybrać,

którą mam być.

Ślady po dotknięciu

palą ciekłym żarem.

Niosą we mnie całej

złość.

Niezgodę.

Ja naczynie dla strachu tylko.

Ginę szukając oparcia dla stóp.

Na próżno.

W otchłani pogrążona,

unosi mnie cień

mojego istnienia.

Teraz

obudził się we mnie

czarny anioł

niosący zgubę.

Samej sobie.