Złość spuszczona z łańcucha

ujada we mnie

wszystkimi zmysłami.

Daję jej się panoszyć.

Obejmuje mnie

niczym najbliższy przyjaciel

i z czułością zamyka w ramionach.

Jej słodkie pocałunki

budzą we mnie

wszystkie te uczucia,

które w spokoju śpią.

By otworzyć oczy

szeroko

natychmiast,

kiedy pojawi się powód.

Ich powrotu do życia.

Patrzę w swoje oczy,

ich odbicie w lustrze blaknie

jakby były nie moje.

Obcość

złego człowieka

jaki mnie zamieszkał

męczy

szorstkością dotyku wnętrza.

Choć to przecież ja.

Ta sama zawsze.

A tak inna przecież.

Niewygoda zła

uwiera

moje ciało.

Dusza skulona w kącie

czeka.

By minęło…

 

Może boli dlatego,

że świadomość wie.

Natura to pierwotna siła.

Niezmienna.

A tak dobrze

widzieć siebie

zbudowaną z kryształu…

Zamiast mroku tylko.