Wieczną zabawką jestem w rękach losu. Na nic zupełnie nie mam wpływu. Kiedy zyskuję przekonanie, że zrobiłam wszystko by było dobrze, że nic złego się nie stanie, bo nie może – wtedy nagle okazuje się, że tym razem również nie ma niezawodnego. Nie ma bezpieczeństwa. Nie ma pewności. Nie ma równowagi. Nie ma nic z tych rzeczy. Tylko doświadczenie kolejnego zakrętu, który jak myślałam mnie nie dotyczy. Ale naturalnie jestem nim cała przesiąknięta od samego środka, przez podszewkę do warstwy zewnętrznej. Bo pozwoliłam sobie przez chwilę na szczęście… nadałam mu imię i wypowiedziałam głośno jego istnienie.  Budząc tym samym demony, czekające tylko w ukryciu…

Kolejny raz odmierzam jednostajność czasu kolejnymi kroplami sekund. Zbyt wolno płynącymi…

Mam tak serdecznie dość. Jestem pokonana własną bezsilnością. Jestem przerażona. I tak cholernie mam dosyć mojej samotności. Nie chcę być z tym sama! Nie chcę…

Tylu rzeczy nie chcę. I kompletnie nie mam na to wpływu.

Policzki mnie palą od wyżłobień śladów po łzach. Jakby sól w nich zawarta wypalała skórę niczym ogień. Przez chwilę czuję ukojenie, kiedy wypływa ze mnie poczucie niesprawiedliwości.

Jednak czy słusznie je czuję?

A może to kara, która mi się należy za bycie kimś, kim nigdy nie myślałam, że będę. Może to kara za moje grzechy popełniane z pełną świadomością.

Może to kara…