Są słowa, których znaczenie jest dla mnie właściwe – lojalność, szacunek, honor, przyjaźń, duma, troska, wreszcie miłość. Ten kręgosłup, dookoła którego kręgów buduję moje postrzeganie.  Włożyłam je w siebie – pryzmat który wciąż rzuca światło na to co robię. Sumieniem…

Dlaczego tak łatwo dać mi te znaczenia innym a nie umiem odnieść ich do siebie… wciąż. Oporna na wiedzę jestem przez cały upływający czas. Widzę, ale jakby przez mnie przenikało nie zostawiając śladu. Potem dziwię się, że jest inne.

Każde z tych pojęć dane innym osłabia moją istotę. Czyni mnie podatną na ból, który mi sprawiają. Rozrywa mnie od wnętrza i przepływa po moim ciele. Zostawiając odkryte cięcie ostrzem, które wręczyłam sama. Do zadawania mi ran. Każdego dnia. Jednak blizny, które w sobie noszę nie uczą. Jakbym z ich powstaniem wymazała pamięć. I wciąż za każdym następnym razem wręczam miecz do wykonywania wyroków na mnie.

Dlaczego więc czynię z siebie ofiarę. I biorę udział w tworzeniu chorego układu inwestując nie tam gdzie trzeba. Po co w ogóle wierzę. W istnienie definicji z natury chorych. Ulegam z nadzieją na zbudowanie tam, gdzie brak fundamentu. Poddaję się manipulacji z pełną świadomością nieprawdy jaką jestem karmiona.

Zdejmuję z siebie tą cała obłudę. Wyjmuję szkła z moich oczu – nie chcę deformacji złudzeniami. Zdejmuję czucie z duszy – rozbieram warstwę po warstwie zdziwiona ilością jaką zdążyłam wytworzyć. Odrzucam całą słabość. Tworząc siłę. Powoli. Krok za krokiem. Czuję w piersi coraz mniej bólu – bije głucho, już nie jest miękkie. Nie chcę czucia. Chcę kamienia.

Rodzi się we mnie niezgoda. Wściekłość zmieniam w tworzenie. Innej mnie. Nie będę tym razem niszczyć. Będę artystką tworząca dzieło – rzeźbę istoty siebie. Rozkładam własne komórki nie patrząc na krew cieknącą po dłoniach. To nie ból. To konieczność istnienia. Składam strukturę od nowa skręcając antyrównoległe łańcuchy swojego ja. Wyrywam to co zbędne. Niczym chirurg z precyzją dokonuję cięć i usuwam niepotrzebne oznaki choroby. Z korzeniami by już nie dokonały odrodzenia. Zamykam czaszkę i zakładam szwy. Teraz tylko rekonwalescencja – czas potrzebny na nabranie sił i zrozumienie. Na poukładanie na właściwe miejsce wszystkich tkanek mnie.

Moja siła rodzi się. Buduje moje wnętrze.

Jestem. Sobą.