Tyle nazbieranego posiadam w sobie. Wszystkiego różnego… które cieszy lub boli mojego człowieka. Jednak mimo ciągłych wypraw, z których wracam w różnym stanie ducha i ciała wciąż nieopierzona nauką jestem. Czyżbym ugrzęzła w oślej ławce rozumienia? Zamknęła drzwi do spichlerza własnej wiedzy i udawała, że nie ma?

Czasem potrzeba jest większa niż jakikolwiek rozsądek. Wtedy przysłania wszystko co krzyczy znaczeniem i analizą, z której jasno wynika zakaz wstępu dalej. A mimo to idę narażając się na mandat. Który wcześniej czy później dostaję wraz ze słonym rachunkiem z siebie do opłacenia.

Trudno się dziwić, że boli, kiedy świadomie podsuwało się rękę pod palnik. Poparzyło. Taka natura. Niech boli jednak. Wypalając we mnie świadomość. Niech nie przestaje. Chcę czuć jasnym umysłem ból. Każdą jego igłę. Chcę z tego budować. Świadomość ponownie.

Chociaż każde następne powoduje, że szybciej się goi. I choć pragnę bólu nie ma go. Pogodzona jestem. Czekam na wybór. Doskonale znając ciąg dalszy.

Każda moja słabość to zalążek siły. Wstaję więc i idę zmyć z siebie wczoraj. Nie mam czasu na trwonienie.

Jutro nadchodzi dziś.