Świat jaki mnie doświadcza uderza tak silnie. Pozbawiając tchnienia. Moje płuca przestają być. Duszę się. Brakiem tlenu wokół mnie. Jakbym straciła zdolność oddychania. Kolejny raz dziś flirtowałam z innym wymiarem. Zostać tam – taką słodyczą brzmi ten pomysł, by nie wracać. I czasem tak trudno sie obudzić z tego snu.

Zostać tam – łatwiej.

Kolor oczu błekitny staje się jak ostrza bez osłony. Tnie do kości zostawiając po sobie tylko ślady znaczone uciekającym czuciem. Patrzę jak kapią sącząc się z moich żył. Jak wycieka ze mnie złudne poczucie wpływu na cokolwiek. Pozbawiając wymiaru życia.  Tutaj. Patrzę w swoje odbicie w lustrze i widzę jak znikam. Rozpływam sie mgłą, tracąc swój kształt. Tracąc swe ciało. Tracąc swój byt. Tracąc swe czucie. Tracąc siebie.

Nie chcę być. Tak pozbawiona możliwości. W tym wymiarze. Gdzie nic nie mogę. Tylko się godzę na nieuniknione. Napełniające moją duszę coraz większym przerażeniem. Nie mieć wpływu. Nie mieć drogi do wyboru, bo każda przede mną rozwijająca się ścieżka jest ślepą uliczką nie prowadzącą do gdzieś. Wszędzie błądzę po omacku, z zawiązanymi oczami. Nie widząc wyjścia.

Możliwość pozostawienia tego bytu uwodzi mnie… bo godzić się na brak działania jest tak trudno.

Rozsypuję się milionem igieł po egzystencji jaką wiodę. Każda z nich wbija się boleśnie w tkankę mojego czucia. Ale to tak niewiele, by dać mozliwość zagłuszenia. Prowizorycznym powodem.