Bez wpływu jestem całkiem. Względem najważniejszego. To tak boli niemocą.

Nie mogąc się pogodzić sprawiam sobie ból. By prowizorycznie móc coś. Jednak nawet kiedy kroję swoją duszę rozcinając na kawałki. Nic nie daje to. Nie zagłusza. Nie tłumi. Nie gasi. Wciąż czuję ten ogień trawiący moje trzewia.

Skowyt mojej bezsilności toatalnej pogrąża mnie w otchłani. Mojego najmroczniejszego. Gdzie klęczę pozbawiona dumy i krzyczę. Cisza jaka wydobywa się z mojego gardła ogłusza. Całkowicie. Sprawia, że staję się jeszcze bardziej pokonana…

Własna nieumiejętność. Niekompetencja. Moja i innych. Brak mozliwości pomocy. Jedynie oskarżenia wyciagających wnioski bez wszystkich zmiennych. Na podstawie tylko swioch widzimisię i w oparciu o konieczność stłamszenia własnych kompleksów. Tych co pozjadali rozumy tego świata chociaż wciąż ich mózgi są puste.

Strach rozchodzi się po moim organiźmie niesiony stelażem rozgałęzień nerwowych i powoduje drżenie całej mojej istoty. Jego kosmate objęcie nie koi. Daje zimno. I brak zgody.

To tak boli niemocą.