Marzenie małe w sobie mam. Noszę je zamknięte w najbardziej odległym zakątku mojej duszy – tam, gdzie nikt nie znajdzie. Poza mną. Kiedy jest mi zbyt mało, wtedy zaglądam w zakurzony narożnik siebie do tej szafy ze skrzypiącymi drzwiami. Zaglądam z ciekawością wciąż małego dziecka. Sięgam i wyciągam. Rozwijam je jak cukierka, którego trzymam w rękach pierwszy raz. Za każdym kolejnym spojrzeniem. Jakby było pierwsze. Odkrywające niezbadaną tajemnicę.

Otwieram ręce a ono niczym motyl macha skrzydłami powodując lekki powiew powietrza.

Chciałabym czasem móc zamieszkać w bajce. Być elfem lub rusałką. Nic nie musieć, nie pamietać, nie czuć. Siedzieć na wielkim liściu łopianu i machając nogami strącać wielkie krople rosy. Obserwując jak gubią swój rozmiar spadając, jak potrącają po drodze liście. Z radosnym chichotem biegać boso po tęczy. Tańczyć beztrosko w promieniach słońca budzącego dzień. Podróżować łódką z łupiny orzecha po kałuży, jak ocean,  w której przeglada się niebo.

Chciałabym zapomnieć znaczeń pewnych wyrazów. Mieć spojrzenie nie naznaczone doświadczeniem dorosłego. Być jak biała czysta kartka, na której tyle jeszcze może się znaleźć treści. Zapisanej lub zamalowanej ręką twórcy.

Chciałabym czasami zniknąć w realnym świecie i być tam, gdzie wszystko jest możliwe. Wyobraźnią malowane. Nieskalane wiedzą dorosłego. Szczere. Bezpośrednie. Możliwe dla niemożliwego.

Tak jak dzieci, którym dorośli nie zdążyli jeszcze zdeptać skrzydeł.