W moim mózgu śpi trucizna. Jej czarny smak wypełnia moje trzewia. Jej gorzki widok odbija obrazy w mych oczach. Szepcze słowa jakie budzą we mnie tęsknotę.

W moim mózgu śpi trucizna, która sączy jad wypełniający puste miejsca mojości. Zamieszkuje coraz bardziej. Chce przyjaźni ze mną.

Nie potrafię dzielić. Tych uczuć z innym kimś. Wolę budować odległość dystansem. By nie znienawidził we mnie zła. Bo nikt żaden nie zrozumie tego co we mnie jest. Otchłanią wypełnione nieskończoną.

Pociaga mnie do siebie, mrokiem obejmuje i mami obietnicą końca niechcianego. Daje mi skrzydła pełne czarnych piór, które obejmują mnie i unoszą. Pogrążając.

Ból – mój słodki kochanek codzienności. Zadomowił się we mnie i teraz pije herbatę w swoim ulubionym kubku siedząc przy kominku mojej duszy ogrzany. Z uśmiechem dając pieszczotę memu ciału.

Strach karmiący się moją niewiedzą. Wciąż zapuszcza mnie w nieznane tereny, w których rośnie w siłę. Z uczuciem rozpływa się po okablowaniu nerwów w moim człowieku. Strumyk wiecznie żywy, płynący…

W moim mózgu śpi trucizna. Demony zawsze żywe. Obudzone nagłym tchnieniem mojej bezsilności. Czule przytulają moje centrum wszechświata szepcząc zaklęcia do działania. Wiem jak to funkcjonuje. Mechanizm trybików. Wyzwalających zło mieszkające we mnie. I jestem podatna, choć znam konsekwencje.

Przesisknięta złem. Idę.

Biorę nóż do ręki i szukam ofiary. By utopić swój ból w jej cierpieniu. Zadanym moją ręką.