Nieforemna, niezależna, niepodatna. Jestem.

Gdy zdeptana leżę pokonana nagle czuję w moich żyłach jak płynie. Z niezmęczoną siłą toczy potrzebę powstania. Budzi się we mnie z niemocy. Z niezgody. Z wściekłości.

Podnoszę się i patrzę prosto w oczy. Temu co mnie niszczy. Nie odrywając wzroku czuję jak mam w sobie bunt.

Ludzie widzą mnie odważną. Wzorzec niczym miara przykładana do ich sylwetek.  Ale to nieprawda. To nie ja. W gruncie rzeczy jestem mała swoją kruchością. I boję się każdego dnia. Zmagam się całkowicie sama z niechcianym. Każdy kto go odrobinę zobaczy ucieka. Tchórzy. Otrzepuje się ze śladów mojego bytu jak z kurzu po wejściu na zapomniany strych.

Jest we mnie tęsknota. Do istnienia z kimś kto zrozumie. Bez słów, natręctwa i pozornego zainteresowania w zadawaniu pytań, by nie czekać już odpowiedzi. Powierzchowność tak boli pustym miejscem, które chce być wypełnione kwintesencją. Nie chcę tylko konsumpcji. Chcę wartości. Z kimś kto rozumie w pełni.

Pozbawiona realnych bytów czuję się jak otoczona awatarami. Nieprawdziwymi wyobrażeniami o nas samych, w których brak poczucia rzeczywistości. Tylko złudzenia i maski. Sztuczność zachowań, sztuczność rozmów, sztuczność życia. Jak nakręcone przez ogłupiający system maszynki do realizacji innych zadań. Bez uczuć, myśli i indywidualizmu.  Bez współczucia. Plastik wylewający się na każdym kroku. Banalna ogólnikowość…

Jest we mnie ogromna niespełniona wciąz tęsknota. Do istnienia z kimś kto zrozumie.

Słaba, zdeptana, pełna bólu,opleciona strachem od środka do podszewki. Taka potrzebuję być, by poczuć w sobie siłę. Ten motor napędzający moje istnienie. Karmiący się poczuciem klęski i bezsilnosci.

Jestem więc.