Stoję naga w świetle dnia.

Rozebrana z wątpliwości.

Przyglądam się jak innej istocie. Opuszczone skrzydła ścielą się czarnym dywanem u stóp. Miękko.

Zagubiona w czeluściach duszy bładzącej po manowcach. Odkrywam.

Smak siebie prawdziwej.

W moich oczach widzę ogień. Przepastnej głębi. Tam można mnie spotkać przepełnioną pasją życia.

Ja, której rola określona płcią została – przyczyna grzechu,  która daje zatracenie, prowadzi do zguby.

Ja przynależna jedynie sobie. Nieoswojona, dzika, drapieżna, zachłanna. Nienasycona i wciąż głodna sensu.

Chcę czerpać tam, gdzie mieszka kwintesencja. By czuć do kości. By żyć prawdziwie. By każdą chwilę naznaczyć żarem.

Nawet jeśli zapłacę rachunek samą sobą.

Chcę móc powiedzieć zawsze – nie żałuję, bo warto było!