Czsem daję się prowadzić na smyczy. Mojej agresji. Wypełnia mnie po brzegi… wprowadza bezdech w mój organizm. Zatrzymuje w biegu, by wreszcie znaleźć ujście. Biję wtedy na oślep…

Najpierw rodzi się niechęć, malutka, prawie niewidoczna. Nie patrzę jej w oczy a ona przemyka niezauważona w tą i z powrotem. Karmiąc się moją złością i smutkiem. I rośnie. Niezauważalnie przyjmując kształt całej mojej istoty. Z czasem jest jej coraz więcej, bo duszę w sobie niechciane. Układam na półkach starannie i zamykam na klucz. By nikogo nie urazić. Czuciem. Obca dla wszystkich. Niepoznana nigdy. Nie mówię. Uśmiecham się jakby wszystko było w porządku. Ale przecież nie jest i uwiera. Coraz mocniej tworząc niewygodę mojego człowieka. Ciasnotę pomiędzy żerbrami i na zewnątrz ich także. Wszędzie…

Aż wreszcie przepełniona od samego sedna aż do powłoki powierzchniej jestem już tylko nią. Jakbym dawała się nosić na jej ramionach. Wybucham. Palę za sobą wszystkie mosty. Niszcząc ludzi. A może tylko siebie. W tle za mną widać tylko płomienie i zgliszcza. Wypełniona nienawiścią niszczę wszystko co na mojej drodze.

To źle ale nie umiem przestać. I czuję się dobrze, że wreszcie mogę ja. Zaisnieć. Mieć wpływ. Ranić. Dotykać tak mocno, by siniaki po zetknięciu ze mną długo były przypomnieniem. Dla ofiar. Mam satysfakcję i pragnę więcej.

Potem wychodzę do swojej pustelni. By długo leżąc na ziemi w towarzystwie księżyca krzyczeć tylko.

O braku uczuć.