Są chwile, w których cały sufit świata wali mi się na głowę. Zupełnie nie mam na to wpływu, a ponoszę skutki. Dotkliwe. Działania innych – zupełnie niezależne ode mnie, a tak mocno odciskające się na wewnętrznej skórze mojej duszy.

Jest taki rodzaj płaczu, który nie przynosi ulgi. Każda słona kropla płynąca jednostajnie po moim policzku waży tonę i powoduje ból w środku. Dużo większy niż wtedy, kiedy twarz jest sucha i cała nagromadzona słoność wody mieści się gdzieś pod powiekami. Tkwiąc. Teraz jednak wypływa z niesłabnącą systematyką – kropla po kropli – i dławi wewnątrz silnym rodzajem węzła. Wiążącego moje trzewia i sprawiającego, że powietrze jest każdym haustem zbyt dużej obiętości, by mnie wypełnić w płucach. W których mieszka nagle tylko pustka rozpychająca całą przestrzeń. Taki nadmiar tego nic jest. Przytłaczający…

Kiedy nagle w moim życiu pojawiają się te problemy – najcięższego kalibru – czuję się tak potwornie mała. Nieporadna jakbym poruszała się we mgle. Cała moja inteligencja, erudycja, wiedza uchodzi ze mnie w jednej chwili jakby ktoś wbił igłę w balonik powierzchni mojego człowieka. Mam pustkę w głowie i nie potrafię myśleć. Kompletna bezradność i niemoc obezwładnia mi ciało.

Jestem nikim jakim bawi się los ku swojej uciesze. Tak mściwie i złośliwie podstawiając mi kolejny raz nogę. Podłoże usuwa mi się spod stóp.

Nie umiem radzić sobie z tym co najważniejsze. Niekompetentna do roli jaka kiedyś wydawała się oczywista. Ale nie jest. I nigdy nie będzie. Jedyne co mogę to płakać. By nie czuć ulgi. By się sponiewierać bardziej jeszcze i czuć całkowite pokonanie. Muszę dobić do dna. Tak by mocniej już się nie dało. Wtedy już nic mnie nie pokona bardziej. Nie dobije. Bo się nie da być mocniej nikim niż na samym dnie swojego człowieczeństwa.

I kiedy spadnę na sam kres – wstanę więc i pójdę dalej. Z wyhodowaną z bezwładu siłą.

 

Ale teraz jeszcze i przez jakiś czas mokre mam policzki.