Moje serce jest jak górska kozica. Kocha przestrzeń, wysokość, wspinaczkę i pokonywanie siebie. Całą sobą uwielbiam górkie pejzaże. I przemierzanie kilometrowych tras tylko po to, by po dokonaniu żywota z wycieńczenia móc spojrzeć ze szczytu i zakochać się w Stwórcy. Bo jak nie kochać takiego Artysty.

Ale jest taki czas, który oddaję we władanie innemu pięknu natury.

Nic mnie tak nie odłącza od zmęczenia cywilizacji z jej zupą elektroniczną jak chillout szumu morza. Niepowtarzalny rytm i zmysłowość nut zaklęta w przypływach i odpływach.  Ten niesamowity dotyk fal na nagiej skórze – niby zimny, a jednak rozgrzewający wnętrze… Bałtyk. Cudowny o świcie, fantastyczny w dzień, piękny o zachodzie i dyskretny w nocy.

Lubię, kiedy obcując z nim nabieram dystansu do wszystkiego tego co tak mocno tkwi. Nagle ukołysana szumem i krzykiem mew widzę inaczej. Spokojniej. Pełniej. Prawidziwiej.

Widzę. To co jawiło się niewyraźnymi konturami tylko. Nagle pojawia się w ostrości wzroku.

Widzę.

I jest jasne.